czwartek, 25 kwietnia 2019

Kolejne wariacje na temat metamorfozy mieszkania

"Dom to miejsce gdzie dusza rozbiera się do naga.
Dom to miejsce, gdzie można zdjąć maskę i dać się domowi pogłaskać po policzku.
Dom kołysze do snu, dom nie ocenia, nie rozlicza, dom kocha bezwarunkowo i bezinteresownie.
Tylko dom tak kocha. Jeśli jest prawdziwym domem"
Agnieszka Kacprzyk

 

Jakiś czas temu pisałam Wam o metamorfozie mojej kuchni /tutaj/, potem pokazywałam jadalnię /tutaj/, a dzisiaj przyszedł czas na maleńki salon, który podobnie jak reszta pomieszczeń w moim domu - zmienił swój wygląd, głównie za sprawą papieru ściernego,  farb kredowych, pędzla - a przede wszystkim nieustającej pasji właścicielki do przerabiania starego na nowe :)
W zasadzie wszystkie meble znajdujące się w jadalni i salonie są stare lub pochodzą z odzysku /krzesła, sekretarzyk, witryny, komody/, a ich pierwotnie bardzo ciemny brąz zyskał pastelowe barwy głównie w odcieniach: szarości, bieli i złamanych niebieskości. Jedynie super wygodna kanapa oraz ogromny fotel które przywędrowały z Ikei są nowymi nabytkami. Oczywiście nie byłabym sobą gdybym wszystkich mebli nie potraktowała papierem ściernym, żeby sprawiały wrażenie jeszcze starszych. No cóż, skoro gospodyni się starzeje to i meble muszą jakoś nadążyć:)
Przede wszystkim chciałam kolorystycznie nawiązać do jadalni znajdującej się tuż "za progiem", a raczej poszerzoną futryną obudowaną przez  znajomego stolarza. 
Oczywiście przede mną jeszcze sporo pracy /muszę pomalować dwa fotele i zmienić paskudną zieloną tapicerkę na ładną krateczkę/ - jednak w związku z tym, że parę osób prosiło mnie o pokazanie metamorfozy jaka zaszła w moim salonie - już dzisiaj zapraszam Was na wygodną ikeowską kanapę:) 
Wiem, że  "mój specyficzny styl" urządzania domu nie każdemu przypada do gustu /na przykład  moja mama nie może się nadziwić, że zamiast kupować nowe meble ja ciągle maluję jakieś stare klamoty/, ale to przecież  ja wraz z moimi domownikami powinniśmy się tutaj czuć jak u siebie w domu i myślę, że tak właśnie się czujemy:)
Kiedy  kupowałam metalową siatkę w sklepie ogrodniczym, którą potem mój małżonek zamontował w trzech witrynach - facet w sklepie patrzył na mnie z przymrużeniem oka i nie mógł się nadziwić jak siatka przeznaczona dla kur może być użyta jako główny element dekoracyjny mebla?
Z kolei ojciec mojej koleżanki chciał pozbyć się starego drewnianego i zniszczonego  stołu, zalegającego gdzieś w czeluściach garażu. Oczywiście nie trzeba było mi dwa razy powtarzać. Oczyściłam, ucięłam nogi, odmalowałam, przetarłam i mam rewelacyjny stoliczek kawowy - a koleżanka teraz żałuje, że się go pozbyła:):) 
Mogłabym wymieniać w nieskończoność ilość przedmiotów przeżywających w moim domu swoją drugą, albo nawet trzecią młodość:)

Zazwyczaj przy tym sekretarzyku siedzę i piszę posty:)
Przecieranie i postarzanie to moja specjalność:)
Prezent od koleżanki. Igła i nici to jej główne atrybuty:)
Wspomniany stół z odzysku zyskał nowe oblicze, a fotele stoją w kolejce po nowy image:)
Lustro wiszące nad kanapą czekało aż trzy lata na debiut, ponieważ wcześniej nie pasowało do wystroju.
Dwadzieścia pięć lat minęło jak jeden dzień:)

Jakiś czas temu pisałam Wam o mojej przypadłości, albo raczej uzależnieniu, które nazywa się "gadżeciarstwo". Może nie uprawiam go na jakąś szczególnie wielką skalę, ale niewątpliwie lubię kupować pamiątki lub ewentualnie wykonywać je własnoręcznie.
I tak na przykład nad przejściem z salonu do jadalni stworzyłam "mini galerię roślin" przywiezionych z podróży. Gdziekolwiek wyjeżdżam zawsze towarzyszy mi nowy roślinny nabytek, który suszę w czytanej aktualnie książce,  następnie oprawiam w ramkę i wieszam na ścianie lub stawiam w dowolnie wybranym miejscu.
Oczywiście oprócz różnorakich gatunków roślin kolekcjonuję również zakładki do książek, breloczki i inne "ładne rzeczy", które w danym miejscu wpadają mi w oko:) 

 

Dziękuję za wszystkie pozostawione komentarze
 i życzę Wam dużo radości w celebrowaniu
 pięknych, słonecznych, wiosennych dni:)

czwartek, 18 kwietnia 2019

Z krótką wizytą w wiosce Popeye'a na Malcie

"Przywilejem dzieciństwa jest poruszać się bez przeszkód między magią i owsianką, 
między bezgranicznym strachem i galopującą radością"
Ingrid Bergman 


Na pewno przyznacie mi rację, że miło jest od czasu do czasu sięgnąć pamięcią do okresu dzieciństwa, a jeśli życie podsuwa możliwość realnej szansy odwiedzenia miejsc kojarzących się z wczesną młodością  - koniecznie trzeba z niej skorzystać:)
Pewnie wielu z Was /mam na myśli głównie moje pokolenie:)/ - pamięta  bajkę o muskularnym marynarzu na krótkich nogach, który nawet na chwilę nie rozstawał się  z fajką trzymaną w zębach. 
Oczywiście chodzi o Popeye'a - postać  stworzoną  w 1929 r. przez Elziego Crislera Segara. Popey jest marynarzem o dobrym sercu, ale porywczej naturze – wprost uwielbia bójki. Szczególną siłę zyskuje po zjedzeniu puszki szpinaku  (fakt ten miał zapewne spopularyzować to nielubiane zwykle przez dzieci warzywo). 
Jego narzeczoną jest Oliwka Olejek, a największym rywalem – Bluto, który ciągle rywalizuje z Popeye'm o jej względy.
W 1980 roku wytwórnia Disneya postanowiła nakręcić o nim pełnometrażowy film fabularny, w formie musicalu. Reżyserem został Robert Altman, a w tytułową rolę wcielił się nieodżałowany Robin Williams. Właśnie dla potrzeb tego filmu w pobliżu miasteczka Melieha, położonego  w północno – zachodniej części Malty w roku 1979 zbudowano bajkową wioskę Popeya – Sweetheaven, która posłużyła jako naturalne tło akcji. 
Wprawdzie film nie okazał się jakimś szczególnym sukcesem kasowym, ale filmowa scenografia okazała się tak atrakcyjna, że pozostawiono ją w oryginalnej formie do dzisiaj i stanowi świetną atrakcję turystyczną. Jest miejscem wypoczynku i zabawy, głównie dla rodzin z dziećmi. 
Można tu zajrzeć do poszczególnych domków, spotkać bohaterów, którzy na ulicach odgrywają scenki z filmu, zrobić sobie z nimi pamiątkowe fotki i porozmawiać. Całość funkcjonuje w formie aqua-parku, a więc są ślizgawki, zjeżdżalnie, baseny, możliwość kąpieli w błękitnych wodach zatoki czy wybrania się w krótki rejs łodzią.
Na terenie wioski, przez cały rok regularnie organizowane są różnego rodzaju imprezy dla dzieci, czy to na święta czy np. na helloween lub walentynki. Chętni mogą tutaj nawet wziąć ślub czy zorganizować konferencję lub szkolenie.
Miejsce jest bardzo urokliwe, a będąc na Malcie - warto tutaj wdepnąć chociażby na krótką chwilę, żeby na nowo odkryć w sobie dziecko:)
 
Jest moc:)

Niestety nasz synek stwierdził, że jest już troszkę za "stary" na  tego typu atrakcje, więc wesołą wioskę  obserwowaliśmy z góry. Szczerze mówiąc wszystko widać jak na dłoni, łącznie z krótkim występem Papaja ze swoją wesołą kompanią:)
Wstęp do wioski jest oczywiście płatny i wcale nie należy do najtańszych. 
Cena uzależniona jest od pory roku i waha się w granicach 10 – 13 Euro dla osób dorosłych i 8 – 10 Euro dla dzieci. 
Jednak ze względu na dzieciaki warto to miejsce odwiedzić. Na pewno nie będą się nudzić i wyjdą stąd w pełni uszczęśliwione. Szczerze mówiąc ja sama miałam ochotę wpaść do wioski i przenieść się  choć na krótką chwilę do kolorowego, nierealnego świata rodem z kreskówek Disneya. Widocznie u mnie zachodzi proces odwrotny niż u mojego syna - powrót do lat dzieciństwa. Sama  nie wiem czy powinnam się z tego śmiać, czy raczej płakać:)  
Bernard Shaw napisał kiedyś słowa, które  każdy z nas powinien wziąć sobie do serca i chociaż od czasu do czasu spróbować według nich żyć:
 "Czymże jest życie, jeśli nie szeregiem natchnionych szaleństw? 
Trzeba tylko umieć je popełniać! A pierwszy warunek: nie pomijać żadnej sposobności, bo nie zdarzają się na co dzień".
  
Szmaragdowy kolor wody w zatoce Anchor Bay zachęca do kąpieli:)
Carpe diem:)
Papaj ze swoją dziewczyną Oliwką i rywalem Bluto

 Moi Drodzy życzę Wam spokoju i miłości 
oraz umiejętności odkrywania w sobie dziecięcej radości, 
którą przecież każdy z nas w głębi duszy posiada:)

Dziękuję za wszystkie pozostawione komentarze:)



Malta - Popeye Village, listopad 2018
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...