piątek, 10 maja 2019

Dolina Wachau - idealna miejscówka na majówkę:)

"Za sprawą łaski lub przeoczenia 
Bóg zostawił dla nas na Ziemi zakątki raju"
Richard Paul Evans


Soczysta zieleń rozpostartych na stromych zboczach winnic, średniowieczne zamki wzniesione na  szczytach, a między nimi wolno wijący się Dunaj. Czy można w lepszych okolicznościach przyrody spędzać majówkę? Wiem, że można, ale dla mnie  kilkudniowy  pobyt w austriackiej Dolinie Wachau okazał się  strzałem w dziesiątkę, ponieważ znalazłam tutaj to co lubię najbardziej czyli - mnóstwo zieleni, szemrzącą rzekę,  średniowieczne zamki oraz bardzo klimatyczne miasteczka.
Wachau rozciąga się na długości około 35 km od miasta Melk po Krems an der Donau, obejmując  przełomowy odcinek doliny Dunaju, a najlepszym sposobem na zapoznanie się z jej wszystkimi atrakcjami jest oczywiście rower na którym możemy zwiedzić całą dolinę począwszy od Melku, a skończywszy na miasteczku Krems. 
Ścieżki rowerowe prowadzą wzdłuż rzeki  i nawet nie zaprawieni w boju rowerzyści dadzą sobie radę, ponieważ teren jest prawie zupełnie płaski. Jeśli rower komuś nie odpowiada lub  ze względu na zbyt duże zmęczenie chciałby go zamienić na  transport rzeczny - bardzo proszę. Co rusz kursują statki wycieczkowe, a w każdym miasteczku są również przeprawy promowe, dzięki którym możemy zamienić prawą stronę Dunaju na lewą. Możliwości są niewyczerpane.
My co prawda zabraliśmy rowery z domu, ale tutaj na każdym kroku są wypożyczalnie, więc bez problemu można się zaopatrzyć w jednoślad. 
Ze względu na swoje unikalne walory widokowe, architektoniczne i kulturowe Dolina Wachau została wpisana w 2000 roku na listę światowego dziedzictwa UNESCO
Myślę, że jest to  najlepsza rekomendacja dla tego uroczego i pełnego tajemnic zakątka Austrii. 
Dzisiaj zabieram Was na wycieczkę rowerową do miejsc, które sami odwiedziliśmy w trakcie  tegorocznej majówki. No to wsiadamy i ruszamy przed siebie:)


Opactwa w Melku nie muszę chyba reklamować, bo zapewne większość z Was o nim słyszała lub widziała go na własne oczy. Już samo położenie ogromnego kompleksu klasztornego robi niesamowite wrażenie. Można powiedzieć, że jest on bramą prowadzącą do Wachau.  Opactwo zostało założone w XI wieku, kiedy  na zaproszenie Leopolda II Pięknego  przybyli tu benedyktyni z Lambach - a w następnych wiekach było sukcesywnie przebudowywane.
Jest jednym z największych barokowych kompleksów budowli sakralnych na świecie. Wśród bogato zdobionych wnętrz na szczególną uwagę zasługują:
  • Sala Marmurowa – dawna jadalnia dla dostojnych gości, której sufit zdobi malowidło ze scenami mitologicznymi, m.in. pracami Herkulesa.
  • Biblioteka z freskami sufitowymi pędzla Paula Trogera obejmująca ponad 100 tysięczne zbiory woluminów.
  • Przepiękne wnętrza kościoła św. Piotra i Pawła zdobione freskami Johanna Michaela Rottmayra. 
Oczywiście opactwo w Melku zasługuje na poświęcenie mu zdecydowanie większej uwagi, dlatego bardziej szczegółowo opiszę je i pokażę w odrębnym poście.


Łagody klimat doliny Wachau sprzyja winogrodnictwu i sadownictwu, a zbocza doliny tworzą przepiękne tarasy z krzewami winorośli - głównie odmiany Riesling i Gruner Veltliner.
Lokalni producenci wina zrzeszeni są w organizacji regionalnej o nazwie "Vinea Wachau", która wyróżnia trzy rodzaje wina: 
  • "Steinfeder" - lekkie wina o zawartości alkoholu 11.5%
  •  "Federspiel" - wina o zawartości alkoholu pomiędzy 11.5 a 12.5%
  • "Smaragd" - wina powyżej 12.5%.
Na dnie doliny, wzdłuż płaskich brzegów Dunaju uprawiane są drzewa owocowe - głównie morele. Region dorobił się własnej odmiany moreli "Wachauer Morille" objętej chronioną nazwą pochodzenia. Oczywiście nie brakuje tutaj przydrożnych sklepików oraz winotek oferujących bogaty asortyment lokalnych produktów. 
Nasza rowerowa ekspedycja w tym rajskim zakątku Austrii niejednokrotnie była strasznym utrapieniem dla moich dwóch współtowarzyszy podróży, ponieważ  czterokilometrowy odcinek drogi z miejscowości Weisenkirchen do Durnstein - zamiast 15 minut zajął nam około 40. Oczywiście działo się to tylko i wyłącznie za mają przyczyną:) Dlaczego??? Jestem przekonana, że większość z Was zgadnie dlaczego, a dialog podczas wycieczki rowerowej wyglądał mniej więcej tak:
- Mama,  jedziesz w końcu?
- Już, już - jeszcze tylko jedno zdjęcie:)



Durnstein to bardzo urokliwe miasteczko, którego znakiem rozpoznawczym są: niebieska wieża opactwa Augustianów oraz górujące nad miastem ruiny zamku, skąd rozpościerają się jedne z piękniejszych widoków na dolinę Wachau.
Gościł w nim nie byle kto, bo sam Ryszard Lwie Serce, który  trafił do Wachau w 1129 roku. Niestety nie jako gość, ale więzień. Wszystko zaczęło się w Ziemi Świętej podczas III krucjaty, kiedy dowodzący niemieckimi krzyżowcami książe Leopold Austriacki zażądał traktowania swojej osoby na równi z koronowanymi wodzami - Ryszardem i francuskim Filipem.
Królowie uznali to za arogancję, a żołnierze Ryszarda zrzucili z murów Akki sztandar Leopolda. Ten opuścił towarzyszy chowając straszną urazę. Gdy krzyżowcy wracali do Europy, koło Akwilei rozbił się statek Ryszarda. W towarzystwie zaledwie kilku rycerzy przebrany za templariusza przemykał się przez austriackie ziemie. Pech chciał, że w jednej z podwiedeńskich gospód bystre oko zauważyło królewski pierścień i słudzy Leopolda pojmali Ryszarda.
W lochach Durnsteinu czekał na okup, z którym jego poddani nie za bardzo się spieszyli. Austriacki książe Leopold przekazał pojmanego więźnia cesarzowi Henrykowi VI, a ten zażądał 150 tys. marek okupu. W Anglii podniesiono podatki, aby uzbierać tę kwotę. Cesarz również nie za bardzo się spieszył - tym bardziej, że rywale Ryszarda zaoferowali 80 tysięcy za jego przetrzymywanie.
Lwie Serce miał więc sporo czasu na podziwianie przepięknej panoramy Dunaju. 
Ułożył nawet pieśń pt. "Żaden więzień nie wypowie swych prawdziwych myśli"
No cóż nie od dzisiaj wiadomo, że  samotność sprzyja twórczości:)
Niestety nie udało mi się dotrzeć na szczyt wzgórza, ponieważ przez jakiś czas zostałam sam na sam z rowerem, a kamienna ścieżka prowadzą w górę miasta była zbyt stroma żebym mogła się tam wdrapać. Doszłam tylko do połowy drogi, skąd podziwiałam przpiękną panoramę winnej okolicy:)


Zdjęcie z bloga Kuchnia Tomka






Kiedy pierwszy raz na którymś z blogów zobaczyłam  zdjęcia Zamku Aggstein wiedziałam, że muszę tutaj dotrzeć.  No i udało się. Hurra!
Na pewno nie czuję się zawiedziona. Mimo iż w tym dniu pogoda była bardzo dynamiczna i zmienna, spędziłam tutaj kawał przyjemnego czasu, a widoki na dolinę Wachau oraz płynący Dunaj są bezcenne. 
Warownia została wzniesiona w pierwszej połowie XII wieku i przez dwa kolejna stulecia nierozerwalnie związana była z rodziną cesarskich ministeriałów -  Kuenringer. Zamek usytuowany został w strategicznym miejscu na wysokiej, blisko 300 metrowej skale, a jego głównym zadaniem była kontrola żeglugi na Dunaju. 
W 1429 roku miała miejsce pierwsza większa przebudowa zamku, której inicjatorem był baron Jörg Scheck vom Wald. Z jego osobą związana jest legenda głosząca, że jakoby napadał  na przepływające rzeką statki, a niepokornych (nie chcących płacić okupów) kapitanów więził w znajdującym się na terenie zamku specjalnym występie skalnym. Na kartach historii zasłynął on z licznych okrucieństw oraz tortur jakich poddawał swoich więźniów.
Ostatnim właścicielem zamku była wywodząca się ze starej austriackiej szlacheckiej rodziny baronowa Anna von Polheim-Parz. Zleciła ona przeprowadzenie prac renowacyjnych dotkliwie zniszczonej już w owym czasie warowni. Po jej śmierci budowla została ostatecznie opuszczona i od tego czasu zaczęła popadać w coraz to większą ruinę. 
Obecnie częściowo odrestaurowane i zabezpieczone ruiny zamku stanowią jedną z najczęściej i najchętniej odwiedzanych warowni jakie spotkać można na terenie Dolnej Austrii. Ze swojej strony również - POLECAM!

 







Opactwo w Gottweig to najlepiej prosperujący interes jaki do tej pory widziałam jeśli chodzi o instytucję kościelną. Tylko przez krótką chwilę dane mi było poczuć sferę sacrum, a poza tym jest to biznes w czystej postaci. Luksusowy i niebotycznie drogi hotel, sale konferencyjne /akurat trafiliśmy na spotkanie biznesowe/, ogromna ilość sklepów i stoisk z wszelkiego rodzaju precjozami sprawiają, że opactwo przypomina bardziej krakowski rynek przed zbliżającymi się świętami, niż miejsce w którym człowiek powinien lub mógłby skupić się spokojnie na modlitwie. 
Klasztor Gottweig nazywany bywa przez Austriaków "Monte Cassino nad Dunajem". Szczególnie późną wiosną, gdy na łąkach zakwitają maki, skojarzenie to wydaje się szczególnie trafne.  Być może bogactwo i charakter opactwa wynika z tego, że współcześni mnisi zamiast kopiować i przepisywać stare księgi - przyjmują turystów i pielgrzymów. Na terenie opactwa uruchomili restaurację, w której spożywanym posiłkom towarzyszą koncerty fortepianowe  z iście koncertowym menu. Nie muszę dodawać, że ceny wszystkich potraw serwowanych w tym zacnym miejscu również w koncertowy sposób przyprawiają o zawrót głowy:)
Jeśli ktoś z Was miałby na przykład ochotę na spędzenie urlopu w mnisiej celi również jest to możliwe /oczywiście po wniesieniu  odpowiedniej opłaty/. Przez Gottweig wiedzie słynny szlak pielgrzymkowy do Sanitago de Compostela, a Benedyktyni którzy są jego inicjatorami nie odmawiają gościny w klasztornych dormitoriach.


Od czasu do czasu zdarza mi się oglądać słynne podróże kulinarne Roberta Makłowicza. Pamiętam  odcinek, kiedy kucharz przybywa do miasteczka Krems i w jednej z tutejszych  restauracji o nazwie "Gasthause Jell" jak to zwykle Makłowicz zachwyca się zamówioną przez siebie potrawą. Myślę sobie - nie będę przecież gorsza od niego:)
Akurat knajpka  napatoczyła nam się po drodze, więc  wchodzimy do środka z nadzieją skonsumowania dania, w trakcie którego Pan Makłowicz w przypływie zachwytu mlaskał i siorbał na całego. Przesympatyczna kelnerka,  w regionalnym austriackim stroju dostarczyła nam niezbędne menu. Im bardziej wczytywałam się w "tekst", tym większy szok przeżywałam. Pewnie dla rdzennych Austriaków zapłacenie 450 złotych za kolację dla trojga nie stanowi większego problemu, ale dla rdzennych Polaków to jednak spory wydatek.
Krems und Stein w roku 2000 zostały wpisane na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Jeśli zastanawialiście się czasami nad tym, skąd pochodzi nazwa "musztardy kremskiej" to znacie już odpowiedź:) 
Kolejnym atutem miasta jest jego położenie oraz zabudowa. Wzdłuż uliczek ciągną się kamienne domy z piaskowca, najczęściej o gotyckich i renesansowych zrębach. Na tarasach rosną rzędy winorośli, a na wzgórzu po przeciwnej stronie Dunaju możemy podziwiać zabudowania wcześniej już opisywanego, benedyktyńskiego opactwa w Gottweig. 




Kolejnym ciekawym miejscem do odwiedzenia jest Zamek Artstetten leżący na lewym brzegu Dunaju. Należący dawniej do rodziny cesarskiej, mieści obecnie muzeum poświęcone arcyksięciu Ferdynandowi, który spędzał tu za życia bardzo dużo czasu i jest pochowany wraz z żoną Zofią von Chotek w krypcie zamkowej. 
Ojciec - cesarz Franciszek Józef I był przeciwny małżeństwu arcyksięcia z ubogą czeską księżniczką i nie pozwolił pochować pary w Wiedniu. 
Hmm, nawet po śmierci na wiedeńskim dworze obowiązywała sztywna etykieta:( 
W muzeum znajduje się bardzo dużo pamiątek i rodzinnych fotografii, łącznie z samochodem którym arcyksiąże podróżował po Sarajewie, gdzie w roku 1914 został zastrzelony - co było przyczyną wybuchu I wojny światowej. 
Bardzo często możemy tutaj spotkać Anitę Hochenberg -  właścicielkę posiadłości i jednocześnie prawnuczkę Ferdynanda, z którą również można zamienić parę słów. 


Dziękuję za wszystkie pozostawione komentarze
i przesyłam do Was serdeczne, majowe pozdrowienia:):):)



Austria - Wachau - maj 2019
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...