poniedziałek, 20 marca 2017

Wieczorny spacer po mieście zakochanych - Werona

 "Czym jest nazwa? 
To co zwiemy różą, pod inną nazwą równie by pachniało"
Szekspir "Romeo i Julia"


Do Werony przybywamy dosyć późnym popołudniem. W zasadzie miasto to  ma stanowić dla nas tylko bazę noclegową po długiej, całonocnej męczącej podróży oraz porannym joggingu w okolicach Bawarii i odwiedzinach w bajkowym zamku Neuschwanstein /tutaj/.
Pewnie każdy rozsądny i dosyć konkretnie zmęczony człowiek poszedłby  najzwyczajniej w świecie spać  - tym bardziej, że plany na kolejny dzień są również dosyć ambitne, ale ... 
Czyż będąc w pełni świadomym przebywania w tak romantycznym mieście jak Werona, gdzie Romeo i Julia przysięgali sobie dozgonną miłość -  ot tak po prostu spać już wypada? 
Rozum mówi swoje, a serce za żadne skarby świata nie chce przyznać mu racji. I oczywiście wygrywa:)
Zostawiamy więc samochód pod drzwiami naszego hoteliku i nawet nie wchodząc do środka ruszamy w miasto - licząc na nutkę romantyzmu, szczyptę samotności i spędzenie miłego wieczoru w towarzystwie swoim oraz szekspirowskiej Julii:)
Zdajmy sobie sprawę z tego, że Werona ma do zaoferowania mnóstwo atrakcji, ale nas po prostu czasowo na nie dzisiaj nie stać.


Kiedy przekraczam bramę Starego Miasta zaczynam zdawać sobie sprawę z tego, że samotność w tym miejscu raczej mi już nie grozi, a kierując się w stronę Casa di Julietta wiem już na pewno, że i z romantyzmem może być krucho. Im dalej w miasto, tym większe tłumy.


Gdy docieramy do Piazza Bra pierwsza rzecz, która najbardziej rzuca się w oczy i mimowolnie zwraca moją uwagę jest gigantyczny amfiteatr, zwany Areną. Nigdy nie widziałam rzymskiego Koloseum, więc nie za bardzo mam porównanie, ale ta budowla jest naprawdę monumentalna, majestatyczna  i przykuwa wzrok. Jak na dwa tysiące lat istnienia, zachowała się ona w całkiem przyzwoitym stanie. Można nawet odnieść złudne wrażenie, że postawiono ją w tym miejscu całkiem niedawno. Najpiękniej prezentuje się w świetle ulicznych latarni.

 

Arena  - to jeden z największych amfiteatrów, jakie ostały się do dzisiejszych czasów. Jest trzecim co do wielkości - zaraz po Koloseum i amfiteatrze Campanii budynkiem tego typu we Włoszech. 
Wybudowany został w I w.n.e i mieścił wówczas  ok. 30 tysięcy osób. Odbywały się w nim głównie walki gladiatorów. W późniejszym okresie przeprowadzano w nim publiczne egzekucje, natomiast w dobie renesansu wykorzystywano go jako miejsce  organizowania turniei rycerskich.  
W czasie trzęsienia ziemi w roku 1117 część zewnętrzna areny zawaliła się i pozostały tylko 4 ogromne łuki. Wewnętrzna część budowli nie została uszkodzona i do tej pory odbywają się w nim różne koncerty oraz festiwale operowe. W tym momencie arena może pomieścić około 15 tysięcy widzów. 



Kiedy wchodzę na podwórze Casa di Giulietta  i zbliżam się do  pomnika Julii odlanego z brązu, wzdycham ze współczuciem. Obawiam się, że prawa pierś tej biednej dziewczyny musi być już ze dwa rozmiary mniejsza od lewej:)
Obmacują ją wszyscy namiętnie - dzieci, młodzież, kobiety i mężczyźni, a pstryknięcie fotki samej tylko bohaterce graniczy po prostu z cudem. 
Nawet przez jedną sekundę Julia nie pozostaje samotna. 

Przypuszczam, że od czasu do  czasu wolałaby posiedzieć na balkonie:)
Wyznaniom miłosnym oraz ich dowodom rzeczowym nie ma końca:)
Udało się!!! - mój mąż odgania konkurencję i przytula Julię:) Ja nawet nie próbowałam



Na Piazza Erbe mogłabym siedzieć do rana - podziwiać nadgryzione zębem czasu - zupełnie odrapane, ale jakże piękne kamienice, stare pałace, wsłuchiwać się w plusk wody w fontannie, a przede wszystkim obserwować ludzi gawędzących w pobliskich kafejkach lub najzwyczajniej w świecie siedzących gdzie tylko się da.  
Ja również przycupnęłam sobie na chwilkę, żeby poczuć niezwykłą magię tego pięknego miejsca, no i oczywiście romantyczną aurę unoszącą się w powietrzu. A jednak romantyzm jest:)

Prawda, że  podświetlony amfiteatr wygląda pięknie?

Bardzo żałuję, że w Weronie mogliśmy spędzić tylko ten jeden króciutki wieczór. Zmęczeni, ale bardzo zadowoleni, wracamy do hotelu i marzymy tylko o jednym - ułożeniu się na wygodnym łóżku. Przypuszczam, że ze snem nie będzie większego problemu:)






Raniutko wcinamy typowo włoskie śniadanie, popijając pyszną kawusią:)
Dołączamy karteczkę z podziękowaniami dla naszego sympatycznego 
gospodarza i ruszamy do Portofino:)

 Wam moi Drodzy czytelnicy
 dziękuję za wszystkie  pozostawione 
komentarze, zapraszając na kolejny post 
życząc udanego, wiosennego tygodnia:)


Werona, 26.02.2017 r.