czwartek, 21 września 2017

Miejsce, w którym czas się zatrzymał - Tihany


Kiedy wjeżdżamy do Tihany i wysiadamy z samochodu od razu wiem, że w dniu dzisiejszym plażowanie całkiem odpada, a  przynajmniej w moim przypadku. 
Szkoda marnować czasu na nic nierobienie /swoją drogą od czasu do czasu bardzo lubię ten stan rzeczy/ - tym bardziej, że ta urocza wioska wraz z całą zieloną okolicą - już na dzień dobry zachęca do poznawania i odkrywania wszystkich swoich zakątków oraz zakamarków. 
W związku z tym, że dzisiaj /35 stopni gorąca/  moi trzej panowie zdecydowanie wolą pluskanie w wodzie, niż zwiedzanie - na parkingu samochodowym następuje podział naszej rodziny na dwie drużyny. Męska część załogi kieruje się w stronę plaży, natomiast damska, czyli ja wybieram opcję rozpoznawczo-zwiadowczą:)
Jest niemiłosierny upał, ale co tam. Dam radę. Na początku kieruję się w stronę pięknie położonej na stromym zboczu wzgórza - węgierskiej kalwarii. Roztaczają się stąd bardzo ładne widoki na okolicę oraz jezioro, a po wejściu na  samą górę można wybrać kilka opcji spacerowych. Polecam to miejsce szczególnie osobom ceniącym spokój i ciszę,  z dala od miejskiego zgiełku oraz tłumu.
Zielony szlak prowadzi do grodziska ziemnego z epoki brązu oraz do wydrążonych w bazaltowym tufie skalnych pustelni, które najprawdopodobniej zamieszkiwali mnisi z Rusi Kijowskiej, sprowadzeni w XI wieku przez żonę króla Andrasa I. 


Półwysep Tihany należy do najpiękniejszych i najbardziej niezwykłych miejsc na Węgrzech. Jego piękno i wartości przyrodniczo-kulturowe zostały docenione w 1965 roku, gdy Tihany ogłoszono pierwszym na Węgrzech obszarem chronionym. 
Długi na 5 km i szeroki na 3 km półwysep wdziera się głęboko w jezioro, tworząc największe przewężenie na Balatonie, a jego urozmaicona linia powstała na skutek działalności wulkanicznej. 
Sercem półwyspu jest niewątpliwie malownicza wioska Tihany - w której pośród starych chat krytych strzechą znajdziemy  różnego rodzaju atrakcje, głównie w postaci rękodzieła wykonanego przez tutejszych mieszkańców. Począwszy od pachnących saszetek z lawendą, poprzez kolorową ceramikę, haftowane obrusy, ubrania,  a skończywszy na starych meblach lub przedmiotach użytku codziennego. Nie ma takiej opcji, żeby człowiek wyjechał stąd z pustymi rękami. 
Jeśli ktoś nie przepada za zbyt dużą ilością ludzi, która niestety w Tihany przybiera na sile szczególnie w weekendy - może temu zaradzić, zapuszczając się gdzieś w głąb wioski lub na któryś z winnych szlaków wijących się nad wodami Balatonu.
Ja postanowiłam najpierw pobuszować  między  stoiskami oferującymi lokalne produkty, a następnie udałam się w kierunku Wzgórza Echa, skąd rozpościera się przepiękny widok na Balaton i całą okolicę.


Podążając za ludzkim, głośnym nawoływaniem - kieruję się w stronę opiewanego w dziesiątkach romantycznych wierszy "Wzgórza Echa", które w XIX wieku powtarzało podobno nawet 15-tysięcy sylab. 
Według jednej z  legend "echo" -  to głos dumnej księżniczki, która nie chciała zaśpiewać choremu synowi króla balatońskich fal, zakochanemu w niej po uszy. Wcześniej wystarał się on dla wybranki o prześliczny głos. Chłopak zmarł, a jego ojciec z zemsty zamknął księżniczkę w jaskini, by odtąd musiała odpowiadać każdemu. 
Wygląda na to, że na niewiele się to zdało, ponieważ mimo usilnych nawoływań niektórych turystów - księżniczka odpowiada z rzadka i bardzo monosylabicznie, a ludzie naprawdę bardzo się starają i zdzierają gardło na całą okolicę.


Niewątpliwie znakiem rozpoznawczym Tihany jest Opactwo Benedyktyńskie, wznoszące się nad błękitnymi wodami Balatonu, na samym szczycie półwyspu. Romańska krypta pochodząca z 1060 roku ma dla Węgrów ogromne znaczenie sentymentalne, ponieważ spoczywa w niej założyciel oraz fundator Opactwa -  król Andras I.
W przylegającym do kościoła kompleksie zabudowań klasztornych, mieści się Muzeum Opactwa, które jest szczególnie drogie węgierskim rojalistom.Tutaj w 1921 roku Karol IV Habsburg - syn cesarza Franciszka Józefa, spędził wraz ze swoją małżonką Zytą ostatnie dni w kraju, a następnie został zesłany na Maderę gdzie wkrótce zmarł.


Kiedy nasyciłam już oczy oraz uszy  wszystkimi dźwiękami i zapachami unoszącymi się w powietrzu - stromą uliczką kieruję się w stronę plaży. Po drodze mijam Muzeum Lalek, a także mnóstwo stoisk z różnego rodzaju pamiątkami i lokalnymi produktami spożywczymi typu: miód, wino, oliwa, papryka, itd.
Gdyby ktoś zapytał mnie z czym kojarzy mi się wioska Tihany, bez głębszego zastanawiania się odparłabym, że z zapachem lawendy. Podobne odczucie miałam na chorwackiej wyspie Hvar, gdzie na każdym kroku unosił się jej zapach, a wszystkie stoiska handlowe serwowały olejki, mydełka oraz lawendowe saszetki.
Tihany, to również "paprykowe szaleństwo" - jednak największy "kult papryki" rozwinął się w węgierskim miasteczku o nazwie Kolocsa.  Niestety z powodu napiętego grafiku nie dotarliśmy do niego.
Powiem tylko, że papryka przywędrowała na Węgry najprawdopodobniej za pośrednictwem Turków i nazywano ją "tureckim pieprzem". Pierwotnie była hodowana do celów leczniczych, a w 1831 r. użyto jej podczas wybuchu epidemii cholery.
Praktycznie do każdej węgierskiej potrawy dodawana jest papryka, a symbolem tego "czerwonego złota" jest właśnie miasteczko Kolocsa, gdzie w porze zbiorów domy mieszkańców giną pod girlandami suszącego się pod dachami paprykowego specjału. Jest to bardzo ważny proces, ponieważ smak i moc przyprawy determinowane są nie tylko przez jej odmianę, ale także sposób suszenia i mielenia.
 
Kolocsa - zdj. internet

Mam nadzieję, że podobał się Wam spacer po Tihany:)
 Posyłam do Was zapach lawendy wraz z ciepłymi promyki słońca,
żeby chociaż troszkę rozjaśnić ten paskudny i pochmurny dzień:)



Węgry, Tihany - 27.08.2017
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...