czwartek, 22 lutego 2018

Pływając pośród lilii wodnych - Heviz



Kiedy za oknem panuje sroga zima,  mróz szczypie w nosy, a wiatr duje - czy nie mielibyście przypadkiem ochoty przenieść się w czasie, żeby pod gołym niebem pławić się w gorącej kąpieli, w zacnym towarzystwie indyjskich lilii wodnych? 
Któż z nas nie pamięta romantycznej sceny z "Nocy i dni",  kiedy umorusany po kolana  Józef Toliboski  wręcza bukiet tych cudnych kwiatów Barbarze Niechcic? Eee tam ... Ona musiała czekać na brzegu, a ja kąpałam się pośród lilii:):):)  
Biorąc pod uwagę naszą aktualną, niezbyt sprzyjającą aurę - chyba nie miałabym nic przeciwko temu, żeby ponownie zanurzyć się w wodzie o temperaturze 35 stopni. Jeśli również macie na to ochotę zabieram Was dzisiaj /szkoda, że tylko wirtualnie/ do węgierskiego miasteczka Heviz - położonego niedaleko Balatonu, słynącego głównie  z uzdrawiających właściwości wód termalnych.
Hévíz to drugie co do wielkości termalne jezioro świata, w   którym od stuleci pławią się Europejczycy i nie tylko. My na przykład spotkaliśmy w tym miejscu wielu Japończyków oraz Rosjan.
Z rozwojem kultury kąpieli i ze stworzeniem terapii leczniczych wiąże się ściśle nazwisko hrabiego Festetics György /tutaj/,  który w 1795 roku rozpoczął na jeziorze rozwój kąpieliska. W jego pobliżu stworzył ośrodek kąpielowy, który był szczególnie popularny wśród miejscowego chłopstwa. 
Fama kąpieliska i leczniczej wody poszła w świat i z coraz dalszych zakątków Europy zjeżdżali pacjenci, żeby podkurować swoje zdrowie. Po ponad 100 latach istnienia,  prawo dzierżawy kąpieliska przeszła na  Vencela Reischla - nowego właściciela Keszthely, który kontynuował wcześniej rozpoczęty rozwój, w wyniku czego zyskało ono ogólnoświatową sławę.
Troszkę inaczej sytuacja przedstawiała się dla mieszkańców średniowiecznych Węgier, patrzących  na te obszary nieco bardziej przyziemnie - wody termalne służyły im do garbowania skór. Taki stan rzeczy utrzymywał się do XVIII wieku.  
Główną atrakcją Hévíz jest niewątpliwie unikalne jezioro termalne z ukrytą w nim nieodłączną mocą uzdrawiania. 
Podczas niedawnej rekonstrukcji uzdrowiska wybudowano na brzegu jeziora obiekt, w którym umieszczono: basen rekreacyjny, saunę, klinikę masażu, zaplecze gastronomiczne, salon piękności, salę konferencyjną,  itp, itd. Jednym słowem "full wypas". 
Jezioro znajduje się na powierzchni 4,4 hektara, a źródło termalne wypływa z głębokości aż 38 metrów! i jest bardzo bogate w minerały:  siarkę i radon. Dzięki bardzo silnemu strumieniowi bijącemu ze źródła, woda  całkowicie się wymienia w ciągu 72 godzin. Niezły wynik. 
W związku z dużą głębokością zbiornika, zaleca się kupno lub wynajem dmuchanych kół.  Powinny to zrobić szczególnie osoby nie potrafiące pływać, czyli takie jak ja!!!  
Podobno kilka osób /głównie nurków/ straciło w nim  swoje życie. 
Jezioro termalne zawiera bogate substancje alkaliczne i gazowe, które w połączeniu z sodą, siarką, wapniem, magnezem, mają wyjątkowo korzystne właściwości dla naszego zdrowia i urody. Chyba za krótko w nim siedziałam bo po wyjściu z wody moja uroda niewiele się zmieniła:)


Jezioro Heviz  /wł. Gyogy/ jest największym biologicznie aktywnym jeziorem termalnym w Europie, które jednocześnie leczy i duszę i ciało. Fajnie jest posiedzieć w wodzie, gdzie temperatura zimą wynosi 25 stopni /dla mnie i tak za mało/, ale latem dochodzi aż do 33-36 stopni!

My przyjechaliśmy na Węgry  we wrześniu, więc kąpiel jest  bardzo przyjemna, ale szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie sytuacji kiedy w lecie temperatura powietrza dochodzi do 40 stopni, a woda w jeziorze jest równie gorąca. 

Chyba najlepszym momentem na zażywanie uzdrawiających kąpieli jest jesień oraz wiosna.

Zimą nad powierzchnią jeziora powstaje wyjątkowo spektakularne zjawisko. Z unoszącej się pary wodnej tworzy się na jego powierzchni tzw. chmura parowa, która blokuje ochłodzenie wody, tworząc pod nią naturalne inhalatorium. W zawartości powietrza pod tą chmurą  znajduje się siarkowodór oraz rad, a ich wdychanie jest bardzo dobrą terapią dla strun głosowych.  

Woda w jeziorze  jest w ciągłym ruchu i wiruje powoli - od prawej strony do lewej, z dołu do góry. W związku z tym, że ciepła woda wzbija się zawsze do góry, a zimna spływa ku dołowi, ten dwukierunkowy przepływ cały czas utrzymuje wodę w ruchu i sprawia, że kąpiący się odczuwają pewien rodzaj masażu. Podobno tak się dzieje, ale moje "powabne ciało" jakoś tego faktu nie odnotowało:)

 

Jezioro  Heviz zimową porą /i parą/. Tylko patrzeć jak wyłoni się z niego jakaś rusałka - zdj. internet

Wiadomo, że każde jezioro ma swoje legendy i opowieści. Nie inaczej jest w przypadku Heviz, które swoimi korzeniami sięga aż do czasów rzymskich.

W miejscowości Valcum /obecnie Fenekpuszta/ żył zacny 80-letni Dubius, będący pismakiem w tamtejszej fortecy. Jego życie nie przypominało raczej sielanki, a działo się to za sprawą jędzowatej żony o imieniu Dubia. Być może  ze względu na dokuczający jej od lat reumatyzm, przez który bardzo utykała - kobieta stała się  nieznośna, ciągle tylko narzekała i gderała.

Pewnego dnia Dubius spacerował wokół pobliskiego śmierdzącego jeziora. Widział, że zwierzęta z lasu też go odwiedzają, kąpiąc swoje obolałe członki w wodzie, po czym wyskakują wesołe, pełne energii z cudownego jeziora. 
Pobiegł więc szybko do domu i tak długo namawiał swoją starą żonę, aż wreszcie poszli razem do odmładzającego źródła i jak to zwykle bywa w takich opowieściach, Dubia tylko raz zanurzyła się w wodzie i jakby chorobę zupełnie odjęło. Szczęśliwa i zadowolona - bo odmłodzona, wróciła do domu. 
No cóż. Ja siedziałam w jeziorze prawie cały dzień i muszę przyznać, że byłam bardzo zadowolona, ale z odmłodzeniem to już lekka przesada. Nadal mam kurze łapki pod oczami:)

Ciepła woda z dna unosi się na powierzchnię, a zimna woda przemieszcza się w dół. Ten dwukierunkowy przepływ i owalny kształt jeziora powoduje obrót masy wody na prawo i utrzymuje ją w ciągłym ruchu. Efektem przepływu jest wyrównanie temperatury wody i zawartości rozpuszczonych w niej gazów oraz soli mineralnych i tworzenie efektu masażu.
Jezioro jest zagospodarowanym kąpieliskiem otoczonym drewnianymi domkami, w których mieszczą się szatnie, przebieralnie, kawiarnie. Kuracjusze moczą się w wodzie trzymając specjalnych postumentów lub pływają na dmuchanych kołach. Nie wychodząc z wody można wypłynąć na zewnątrz lub pozostać wewnątrz budynków. Bogata w siarkę i kwas węglowy tafla jeziora pokryta jest czerwonymi indyjskimi liliami wodnymi. Hévíz jest jedynym miejscem w Europie, gdzie kwiaty te rosną na wolnym powietrzu.


http://regeneracja.poradnikzdrowie.pl/uzdrowiska-i-termy/uzdrowisko-Heviz-wegierskie-botne-bajoro-dla-zdrowia_34511.html
Heviz na starych pocztówkach - zdj. internet
Ciepła woda z dna unosi się na powierzchnię, a zimna woda przemieszcza się w dół. Ten dwukierunkowy przepływ i owalny kształt jeziora powoduje obrót masy wody na prawo i utrzymuje ją w ciągłym ruchu. Efektem przepływu jest wyrównanie temperatury wody i zawartości rozpuszczonych w niej gazów oraz soli mineralnych i tworzenie efektu masażu.
Jezioro jest zagospodarowanym kąpieliskiem otoczonym drewnianymi domkami, w których mieszczą się szatnie, przebieralnie, kawiarnie. Kuracjusze moczą się w wodzie trzymając specjalnych postumentów lub pływają na dmuchanych kołach. Nie wychodząc z wody można wypłynąć na zewnątrz lub pozostać wewnątrz budynków. Bogata w siarkę i kwas węglowy tafla jeziora pokryta jest czerwonymi indyjskimi liliami wodnymi. Hévíz jest jedynym miejscem w Europie, gdzie kwiaty te rosną na wolnym powietrzu.


http://regeneracja.poradnikzdrowie.pl/uzdrowiska-i-termy/uzdrowisko-Heviz-wegierskie-botne-bajoro-dla-zdrowia_34511.html

A skąd właściwie w tym jeziorze znalazły się lilie wodne? Dzięki wysokiej temperaturze wody i jej chemicznemu składowi, żywy świat jeziora  Heviz jest wyjątkowy. 
Tylko niektóre rodzaje flory i fauny na Węgrzech, są spotykane wyłącznie tutaj. 
Można powiedzieć, że szczególną rośliną, która zaadoptowała się w tym jeziorze jest róża wodna  zwana inaczej lilią wodną.  Lilia biała jest odmianą rodzimą, która prawie zupełnie została stąd wyparta i można ją  spotkać wyłącznie przy ujściu. 
Na początku XIX wieku  poczyniono parę prób zaadaptowania innych rodzajów lilii, w efekcie czego sukcesem zakończyło się zadomowienie  indyjskiej róży wodnej.
Sprowadził ją w 1898 roku  Sándor Lovassy - profesor Akademii Ekonomicznej w Keszthely  i od tego czasu roślina ta stała się godłem miasta.


Heviz to bardzo przyjemne małe  miasteczko o charakterze typowego uzdrowiska. Nie ma w nim jakichś spektakularnych zabytków, czy też wyjątkowych atrakcji. Jest za to sympatyczny klimacik przypisany do tego rodzaju miejsc.
Czy warto odwiedzić Heviz ?
Jeśli chodzi o mnie, na pewno nie wracałabym tutaj tylko i wyłącznie dla samych wód termalnych, ale gdybym ponownie znalazła się w okolicach Balatonu - być może wdepnęłabym raz jeszcze. Moja ocena to 7/10.
Słyszałam różne, niejednokrotnie negatywne opinie dotyczące tego miejsca, ale wiadomo jak to jest - ile ludzi, tyle opinii, więc chyba najlepiej trzeba przekonać się o tym na własnej skórze:)
 

Dziękuję za wszystkie pozostawione komentarze
i przesyłam do Was kwiaty paciorecznika prosto z Heviz
wraz z promykami słońca:)
 

iepła woda z dna unosi się na powierzchnię, a zimna woda przemieszcza się w dół. Ten dwukierunkowy przepływ i owalny kształt jeziora powoduje obrót masy wody na prawo i utrzymuje ją w ciągłym ruchu. Efektem przepływu jest wyrównanie temperatury wody i zawartości rozpuszczonych w niej gazów oraz soli mineralnych i tworzenie efektu masażu.
Jezioro jest zagospodarowanym kąpieliskiem otoczonym drewnianymi domkami, w których mieszczą się szatnie, przebieralnie, kawiarnie. Kuracjusze moczą się w wodzie trzymając specjalnych postumentów lub pływają na dmuchanych kołach. Nie wychodząc z wody można wypłynąć na zewnątrz lub pozostać wewnątrz budynków. Bogata w siarkę i kwas węglowy tafla jeziora pokryta jest czerwonymi indyjskimi liliami wodnymi. Hévíz jest jedynym miejscem w Europie, gdzie kwiaty te rosną na wolnym powietrzu.


http://regeneracja.poradnikzdrowie.pl/uzdrowiska-i-termy/uzdrowisko-Heviz-wegierskie-botne-bajoro-dla-zdrowia_34511.html



Węgry, Heviz - wrzesień 2017

środa, 14 lutego 2018

Wybrzeże Amalfitańskie przedsionkiem raju na Ziemi - Positano

 "Choćbyśmy cały świat przemierzyli w poszukiwaniu Piękna, 
nie znajdziemy go nigdzie,  jeżeli nie nosimy go w sobie…"
Ralph Waldo Emerson


Czy ja noszę w sobie piękno? Być może zabrzmi to egocentrycznie, ale przynajmniej tak mi się wydaje. Oczywiście nie jestem doskonała, ale zawsze staram się być dobrym człowiekiem, otwartym na potrzeby innych ludzi.  A czy nim jestem? Na to pytanie muszą już odpowiedzieć Ci inni ludzie:)
Od kiedy tylko pamiętam, zawsze ogromne emocje  budziła we mnie otaczająca przyroda. Być może dlatego, że od urodzenia mieszkam na wsi - świat  fauny i flory jest mi tak bardzo bliski:)
Moje dzieciństwo upływało pod hasłem: "Życie w plenerze od rana do wieczora".
Uwielbiałam spacerować po okolicy - zarówno bliższej jak i dalszej, obserwować ptaki oraz  inne zwierzęta, chłonąć piękno otaczającej przyrody. Jednym słowem od zawsze lubiłam zachwycać się światem. 
Ogromnie się cieszę, że z upływem lat - ten mój zachwyt nie ogranicza się tylko i wyłącznie do najbliższej okolicy /którą oczywiście darzę największym sentymentem/, ale mogę również przenosić się w miejsca bardziej odległe i sycić oczy cudami natury, wykreowanymi przez Boga.
Wiecie co? Czasami odnoszę wrażenie, że kiedy Pan Bóg stwarzał świat -  od czasu  do czasu zdarzyło mu się zapomnieć, a  w niektórych przypadkach nawet trochę  przesadził:). 
Najlepszym dowodem na to jest  Wybrzeże Amalfi, które już od pierwszego wejrzenia zapiera dech w piersiach i należy do czołówki najpiękniejszych oraz najbardziej romantycznych miejsc w Europie, a nawet na świecie.  W związku z powyższym - mój dzisiejszy post również będzie miał  romantyczny wydźwięk - w końcu są Walentynki:)
Klifowe tarasy, pachnące gaje cytrynowe, bielone, schodzące do morza domki, bezkres nieba i morza decydują o tym, iż Amalfi często bywa nazywane rajem, a jedna z prowadzących tam tras,  nie na darmo nosi nazwę Sentiero degli Dei - "Ścieżki bogów".

Tego posta  chciałabym szczególnie zadedykować moim dwóm blogowym koleżankom - Agnieszce z bloga "Odnowiona ja" oraz Łucji-Marii z bloga "Szkiełkiem, okiem i sercem".
Wiem, że marzeniem Agnieszki jest podróż do Włoch, natomiast Łucja będąc w Neapolu, nie dotarła do Wybrzeża Amalfi. Dziewczyny zapraszam Was dzisiaj do Positano:)

Będzie mi bardzo miło, jeśli do tego romantycznego spaceru przyłączą się wszyscy moi obserwatorzy oraz  czytelnicy:) 

Niestety nie mogę Wam zagwarantować rozgrzewających promieni włoskiego słońca, ponieważ do południa  pogoda była pod chmurką, a dopiero później się rozpogodziło.
Mimo to - ja i tak czułam wokół siebie prawdziwą wiosnę. Gdy 18 stycznia wyjeżdżaliśmy z Polski - temperatura wynosiła minus pięć stopni, natomiast Positano zafundowało nam temperaturkę w postaci - plus osiemnaście, soczystą zieleń i kwitnące kwiecie. 
Szok - ale jakże pozytywny:)
Wiadomo, że dla mieszkańców miasta, przyzwyczajonych do 40-stopniowych upałów obecna aura jest niesprzyjająca i wszyscy ubierają ciepłe kurtki, natomiast dla Polaków przybyłych z zimowej krainy - to już prawdziwa wiosna:) 


Positano znane było już w czasach rzymskich. Z tego okresu pochodzi kilka okazałych willi, których ruiny można oglądać w okolicach kościoła Wniebowzięcia NMP.
Prawdopodobnie w Średniowieczu Benedyktyni  założyli tutaj opactwo. W następnych wiekach miasto stało się głównym portem wybrzeża Amalfi, przez co okoliczni mieszkańcy cieszyli się względnym dobrobytem. 

Sama nazwa "Positano" wywodzi się ze średniowiecznej legendy, według której w XIII wieku skradzione w Bizancjum ikony Czarnej Madonny  oraz inne relikwie, transportowane były na jednym z pirackich statków. Gdy statek przepływał w okolicach Positano, wybuchł olbrzymi sztorm, a marynarze usłyszeli dziwne głosy wołające "Posa! Posa !" – czyli "odłóż" "odłóż"! 
Przestraszeni piraci zacumowali w porcie i zdecydowali się pozostawić w miasteczku bezcenne relikwie.
Jednym z charakterystycznych zabytków miasta jest posiadający majolikową, złocistą kopułę Kościół Santa Maria Assunta, słynący ze wspomnianej wcześniej XIII-wiecznej bizantyjskiej ikony Czarnej Madonny. 
Podobno w okolicach Positano można też spotkać syreny, które kuszą i uwodzą każdego mężczyznę, jakiego tylko zobaczą na swojej drodze:) 
W związku z tym, że mój mąż przyjechał ze swoją "osobistą syreną"-  miejscowe piękności wolały usunąć się w cień:)
W obecnych czasach miasteczko  kusi przede wszystkim niesamowitym widokiem oraz mnóstwem   domów w pastelowych kolorach położonych kaskadowo na  wzgórzu - tuż nad błękitnymi wodami Morza Tyrreńskiego.
Ten układ  architektoniczny jest praktycznie taki sam jak w miasteczkach Cinque Terre w północnych Włoszech. 
Współczesne Positano utrzymuje się głównie z turystyki. Produkowane są też tutaj lokalne alkohole, takie jak Limoncello i L’Albertissimo. Praktycznie na każdym kroku spotykamy wystawy sklepowe, gdzie produkty stanowiące wypadkową cytryn,  są motywem przewodnim. 
Z moich obserwacji wynika, że Positano to również ulubiony kurort okolicznych kotów. Kiedy spacerowaliśmy brzegiem morza - było ich zdecydowanie więcej niż ludzi. 
No cóż, widocznie tutejszy mikroklimat oraz menu, pochodzące z okolicznych knajpek bardzo im służą:)

 





Niesamowite wrażenie robią kolorowe domki, usadowione jakby jeden na drugim.   Tworzą niezwykłą mieszankę kolorystyczną: brzoskwini, róży oraz terakoty. 
Niektóre uliczki są tak wąskie, że mieści się na nich jedynie klatka schodowa. Kiedy tylko przybyliśmy do Positano byłam świadkiem przyjazdu karetki pogotowia ratunkowego. 
Oj, ratownicy medyczni nie mieli łatwego zdania do wykonania. Musieli z całym swoim osprzętem przemykać stromymi schodami do domu znajdującego się bardzo wysoko, a następnie znosić pacjenta na noszach - na sam dół. 
Sytuacja nie do pozazdroszczenia. Kiedy moja bratanica - ratowniczka czasami narzeka na gabaryty jakiegoś bezwładnego pacjenta - przypominam jej ten incydent:)
Positano to miasto kontrastów, w którym  blichtr przeplata się z przepychem. Obok starych i odrapanych domostw, znajdziemy zabytkowe wille, ekstrawaganckie wystawy sklepowe z bardzo drogą biżuterią czy odzieżą oraz eleganckie hotele i restauracje.  
Przebywający tutaj w roku 1953 - John Steinbeck pisał, że Positano to "wymarzone miejsce, które nie jest całkiem realne i pozostawia w człowieku głębokie wrażenie".
Ja również odnoszę wrażenie, że od tamtego czasu kiedy miasto tak bardzo urzekło Steinbecka, niewiele się tutaj zmieniło. Życie mieszkańców na pewno nie nabrało szybszego tempa, a ich domy nadal są odrapane, mieniąc się różnymi kolorami w promieniach włoskiego słońca.
Podobno w jednej z lokalnych kawiarń powstał przebój „Midnight Rambler”, stworzony przez Micka Jaggera i Keitha Richardsa z "The Rolling Stones.“
Positano było też bohaterem kilku filmów, takich jak „Only you” czy mojego ulubionego - „Pod słońcem Toskanii”.  Pewnie wszystkie dziewczyny zapamiętały scenę, kiedy główna bohaterka w ślicznej, białej sukience podwożona jest skuterem na spotkanie z przystojnym Włochem:) 
Po obejrzeniu tego filmu marzyłam o odwiedzeniu Positano. Jak się okazuje, jest to najlepszy dowód na to, że marzenia się spełniają:)




Positano powszechnie uważane jest za najpiękniejsze miasto Kampanii. W wielu przewodnikach wymieniane jest także jako jedno z kilkunastu najpiękniejszych miast we Włoszech. Położone na stromym zboczu, w przepięknej scenerii, gdzie zielone góry łączą się z lazurowym morzem - miasto zachwyca śródziemnomorską zabudową, licznymi zielony ogrodami, kwiatami, romantyczną plażą, kawiarniami na świeżym powietrzu i świetną kuchnią serwowaną w tutejszych trattoriach.
Odcinek wybrzeża począwszy od Positano aż do Salerno uznawany jest za jedną z najpiękniejszych linii brzegowych na świecie. Wybrzeże określane jest mianem Costiera Amalfitana (Wybrzeże Amalfi).
Będąc w tej okolicy koniecznie należy zwiedzić inne popularne kurorty, między innymi: Sorrento, Amalfi, czy wyspę Capri. Wszystkie te miejsca (za wyjątkiem wyspy), łączy biegnąca wzdłuż wybrzeża malownicza oraz bardzo kręta droga. 
W tabloidach możemy znaleźć zdjęcia gwiazd odpoczywających na plażach Positano lub okolicy, a celebryci często organizują tutaj śluby. Wiele gwiazd włoskiego i światowego show-biznesu ma w okolicy swoje wille. To prawdziwa oaza luksusu na stosunkowo gorzej rozwiniętym gospodarczo południu Włoch.
Myślę, że  żadna dziewczyna nie miałaby nic przeciwko temu, gdyby jej ukochany mężczyzna oświadczył się jej właśnie w tym miejscu. Dziewczyny uwierzcie mi na słowo -  wszechobecnie  panująca aura romantyczności sprawia, że ciężko byłoby Wam odmówić:) 



Tak naprawdę, w tym dniu mieliśmy rozkoszować się urokami wyspy Capri,  a przynajmniej takie było założenie. Z Neapolu pojechaliśmy do Sorrento, skąd wyruszają statki na wyspę. Niestety, urocza włoszka w kasie biletowej oznajmiła nam, że w dniu dzisiejszym statki nie pływają, ze względu na niezbyt sprzyjającą aurę. 
Nie namyślając się ani chwili, wsiedliśmy do podmiejskiego autobusu, który przywiózł nas do Positano. 

Z miejscowości Sorrento do Positano jest tylko 19 kilometrów, a trasę tę pokonuje się w czasie aż 50 minut! A wiecie dlaczego?

Oczywiście, że wiecie. Zakręty są tak ostre, a zbocza tak strome, że za każdym razem kiedy autobus skręca - kierowca  musi trąbić, ponieważ w ogóle nie widać nadjeżdżającego pojazdu z naprzeciwka.
I jeszcze jedna bardzo ważna kwestia, jeśli chodzi o wiarygodność tutejszych rozkładów jazdy. Dla włoskich kierowców - czas jest pojęciem bardzo względnym. Gdy po przybyciu do Positano, zapytałam przystojnego Włocha siedzącego za "sterem" autobusu, o której godzinie możemy  spodziewać się kursu powrotnego  - usłyszałam radosną odpowiedź: "evry hour"
Myślę sobie - super!  Mamy mnóstwo czasu do dyspozycji i będziemy wracać kiedy tylko przyjdzie nam na to ochota. 
Skoro co godzinę,  to według rozkładu jazdy wybraliśmy godzinę 13.00. Tak przynajmniej mówiła teoria, ale praktyka to już zupełnie odrębna sprawa. Czekaliśmy do ...??? - bagatela 15.10!!! 
Jak się okazuje, na południu Włoch to nie są przypadki sporadyczne. To jest po prostu norma:)
No cóż - nie pozostało nic innego, jak tylko przez dwie godziny nieustannie zachwycać się cudowną linią brzegową wybrzeża amalfitańskiego. Ależ ja się wtedy  nazachwycałam:) Zresztą nie tylko ja.  Była to również doskonała okazja do nawiązania stosunków międzynarodowych, w postaci konwersacji z pewnym młodym podróżnikiem z Chile, który oprócz Polski zwiedził wszystkie europejskie kraje - extra!
Myślę, że godnie reprezentowałam nasz kraj, reklamując go najlepiej jak potrafiłam. Chłopak skrupulatnie zapisywał sobie polecone przeze mnie miasta. Mieliśmy niezły ubaw gdy zaczął wymawiać niektóre nazwy, np. Gdańsk, czy Szczecin. Oczywiście nie zabrakło na tej liście mojego ukochanego Krakowa:)



Leniwe dwie godziny w promieniach włoskiego słońca okazały się  całkiem przyjemne:)



Moi Drodzy życzę Wam nieustannego zachwytu nad światem, 
romantyzmu na co dzień
 oraz niegasnącej pogody ducha - nawet wtedy, 
kiedy aura za oknem temu przeczy:):):)



Włochy, Positano - 21 styczeń 2018 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...