wtorek, 16 lutego 2016

Nad Morskim Okiem


"Pogodne, ciche jak duch, co tonąc w marzeniu
leci w sfery - spokojne, burzliwe ominie;
lśni jezioro zamknięte w granitów kotlinie,
jak błyszczący dyjament w stalowym pierścieniu..."

                                  Kazimierz Przerwa-Tetmajer

Kto kocha polskie góry, a jeszcze nie był w tym miejscu - koniecznie musi nadrobić zaległości. Byle nie w czasie weekendu lub innych wolnych dni od pracy, ponieważ odcinek trasy do Morskiego Oka bardziej przypomina krakowski Rynek w godzinach szczytu, niż Park Krajobrazowy.
Najlepiej wybrać się tutaj w tygodniu i najwcześniej jak to możliwe. 
My, z parkingu wyruszyliśmy w trasę około godziny 7 rano, więc w tamtą stronę szło się całkiem przyjemnie, a po drodze oraz na miejscu można było się delektować pięknymi widokami, bez zbędnej przepychanki. Jednak z minuty na minutę sytuacja stawała się coraz bardziej napięta, 
a po południu każdy wolny skrawek ziemi był już zajęty.

Szczerze mówiąc wcale mnie to nie dziwi, ponieważ okolicą można zachwycać się w nieskończoność, a trasa prowadząca do celu nie jest zbyt męcząca. 
Z parkingu samochodowego znajdującego się tuż przy wejściu do rezerwatu szliśmy ok. 2,5 godziny. Można oczywiście szybciej pokonać ten odcinek, 
ale ja zawsze lubię porozglądać się za tym i owym. 

A to śliczny muchomorek się pojawi...

A to sarenka gdzieś wyskoczy... więc spieszyć się przecież nie wypada.


Kto  chodzić nie lubi lub nie może - do dyspozycji takich turystów są  bryczki. 
Osobiście usprawiedliwiam tylko tych, którzy chodzić nie mogą - bo według mnie to właśnie w spacerze tkwi cały urok i prawdziwa przyjemność obserwowania gór, a także cudownej otaczającej nas rzeczywistości  w postaci fauny i flory.

No ale co kto lubi. Jest to kwestia gustu i wyobraźni lub też jej zupełnego braku. Niektóre panie pokonywały trasę w szpilkach, wyginając się przy tym na lewo i prawo. 

Na samym początku naszej trasy mijamy Wodogrzmoty Mickiewicza, należące do najbardziej urokliwych wodospadów tatrzańskich.
Znajdują się w miejscu połączenia Doliny Białki i Doliny Roztoki, przy trasie z Palenicy Białczańskiej do Morskiego Oka.
 Są one zespołem kilku kaskad utworzonych na progach skalnych potoku Roztoka, wypływającego z Doliny Pięciu Stawów. Największe z nich to Wodogrzmot Wyżni, Pośredni oraz Niżni. Z mostku na którym stoimy widać Wodogrzmot Pośredni.
Zimą należy zachować szczególną ostrożność, ponieważ w okolicach mostu schodzą lawiny. 
Nazwa wodospadu została nadana przez Towarzystwo Tatrzańskie w 1891 r. Pierwszy człon odnosi się do huku, jaki powodują masy przepływającej tędy wody. 
Nadanie imienia Adama Mickiewicza upamiętnia sprowadzenie jego prochów do Polski w 1890 r. Poza nazwą, nie mają one nic wspólnego z Mickiewiczem, który nigdy tutaj nawet nie był.

Morskie Oko - jezioro, które w zasadzie z morzem nie ma nic wspólnego. Dawna legenda głosi, że wody jeziora mają podziemne połączenie z Adriatykiem. Potwierdzeniem tego faktu miało być falowanie powierzchni wody, występowanie wirów i dostrzegane w toni zbiorników rzekome maszty oraz szczątki zatopionych statków, które przywędrować miały z morza. Nie przypuszczano wówczas, że do jezior położonych poniżej górnej granicy lasu - pnie, gałęzie i korzenie drzew docierały wraz z lawinami.

Niebagatelne znaczenie miały także pseudoludowe opowieści. 
Legenda o księciu Morskim głosi, że w dawnych czasach na miejscu obecnego jeziora były tylko strome skały i góry. 
Żył tutaj władyka, który właśnie zwał się Morski - wraz ze swoją wielkiej urody córką. O jej rękę ubiegało się wielu książąt, w tym Węgrów co zjeżdżali do Polski przez Słowację. Ojciec wszystkich odprawiał z kwitkiem i zabronił córce wychodzić za mąż za obcego. Kiedy odjeżdżał na wojnę zamknął dziewczynę do klasztoru i klątwą zagroził, że nikogo poza Polakiem poślubić nie może. 
Znalazł się jeden węgierski książe, który pod klasztor w konkury zajeżdżał i prezenty w postaci klejnotów pannie posyłał. Wróżki do niej słał, które przepowiadały, że zamieszka w srebrnym zamku i księcia poślubi. Tak ją oczarowały, że ani się nie zastanawiała i z Węgrzynem uciekła. I tak jak słowo się rzekło wystawił dziewczynie pałac koralowy, cały w klejnotach, gdzie tylko dzieci bawiła, kwiaty wąchała, a wróżki ją zabawiały. Życie jak idylla, z księciem siódemkę dzieci miała, a ojciec podobno na wojnie zginął, więc i klątwa zniknęła. Aż tu nagle - wrócił stary Morski z wojny. Zobaczył córkę w korale wystrojoną. Spojrzał na pałac, z którego tylko kurz i pył został. Błagała go ze łzami w oczach o litość dla siebie i dzieci, ale gdzieżby! 
Z krzykiem wołał, aby się wszyscy we łzach rozpłynęli i potopili w nich - bo już ani ona jego córka, ani one Morskiego wnuki. I tak się stało - panna płacząc siedem jezior wypłakała, w których się dzieciątka razem z nią potopiły, a cały dobytek jej męża w kamień się obrócił i dlatego tyle skał dookoła stoi.
I teraz nawet płacz z dna słychać często, ale strach się litować nad nimi, bo stary Morski pilnuje i gotów każdego klątwą poczęstować...
Morskie Oko według "The Wall Street Journal" to jedno z najpiękniejszych jezior świata. 
Świadczy o tym między innymi ponad pół miliona ludzi, którzy rokrocznie je odwiedzają. Jest takie powiedzenie, że "być w Tatrach, a Morskiego Oka nie widzieć, znaczy tyle, co będąc w Rzymie  nie zobaczyć papieża".
Nie wszyscy wiedzą, że Morskie Oko to miejsce magiczne nie tylko ze względu na swoją historię, ale i walory przyrodnicze. Przezroczystość wody osiąga tutaj 15 metrów, grubość lodu sięga 1 metra, a różnica między maksymalnym i minimalnym stanem wody w jeziorze przekracza 1,1 metra. Jest największym jeziorem tatrzańskim /ok. 35 ha/, pod względem głębokości /50,8 m/ jezioro uplasowało się na piątym miejscu. Zaliczane jest do polodowcowych o charakterze karowo-morenowym - woda wypełnia wydrążoną niegdyś przez lodowce misę skalną.
Nasz pobyt miał miejsce w sierpniu, a między skalnymi szczelinami widać zalegający śnieg.

Jezioro położone jest po północnej stronie Tatr Wysokich, u stóp Mięguszowieckich Szczytów, w Dolinie Rybiego Potoku. Jest otoczone najwyższymi szczytami Tatr Polskich, co dodaje pikanterii temu niezwykłemu miejscu.

Najwyżej wznoszącym się szczytem jest Mnich 
/2068 m/ zawdzięczający swą nazwę ostremu szczytowi przypominającemu wyglądem mnisi habit.

Morskie Oko dawniej nazywano Rybim Jeziorem lub Rybim Stawem, gdyż należy do nielicznych zarybionych w sposób naturalny jezior tatrzańskich, w którym w przeważającej części występują pstrągi.


Morskie Oko zachwycało swym pięknem podróżników odkąd miejsce to zostało odkryte dla turystyki  i pozostało jednym z najbardziej popularnych 
i najczęściej odwiedzanych miejsc w Tatrach.


Pierwsze schronisko zostało zbudowane tutaj w 1836 r. /dwa lata później spłonęło/, natomiast pierwsze wzmianki o Morskim Oku pochodzą z 1575 r.
W 1637 r. król Władysław IV nadał prawo użytkowania pastwisk przy Morskim Oku Władysławowi Nowobilskiemu. Własnością prywatną Morskie Oko stało się w 1824 r., gdy dobra zakopiańskie wraz z Doliną Rybiego Potoku zakupił od władz austriackich Emanuel Homolacs, a po nim Władysław Zamoyski.


Od 1933 r. jezioro jest własnością państwa polskiego.

Według statystyk w pewien sierpniowy dzień odwiedziło go 13 tysięcy turystów. Muszę zaznaczyć, że my byliśmy tutaj właśnie w sierpniu, więc kto wie czy statystyki nie dotyczą przypadkiem nas:)
Na zakończenie - chciałabym wszystkich, którzy nie dotarli jeszcze do Morskiego Oka, szczerze zachęcić do odwiedzenia tego pięknego i jedynego 
w swoim rodzaju miejsca w Polsce.

Tymczasem - puszczając do Was "Morskie Oczko"
pozdrawiam Wszystkich bardzo serdecznie i  do zobaczenia 
następnym razem:)

środa, 10 lutego 2016

Czy my potrafimy się cieszyć?

Co to jest radość? 
Według wikipedii to pozytywny stan emocjonalny, który jest przeciwieństwem smutku. Jest to uczucie szczęścia, rozbawienia, zabawy i zadowolenia. Radość czasem wywołuje płacz. 
Bardzo intensywną radość nazywamy euforią.

A kiedy i w jakich sytuacjach my jako ludzie odczuwamy radość?
Wikipedia w tej kwestii odpowiedzi nie udziela. To my sami musimy odpowiedzieć na pytanie co sprawia nam radość i zadowolenie.
Dla jednej osoby będzie to wypasiony samochód, luksusowy dom, najnowszej generacji komputer czy telefon.
Komuś innemu największą radość sprawia śpiew ptaków, cudowne krajobrazy, uśmiech i szczęście na twarzy bliskiej osoby, ewentualnie zakup jakiegoś drobiazgu.

Wiem, wiem - najlepiej by było gdybyśmy wszystkie te elementy dostali  
w jednym pakiecie. Żebyśmy byli  i bogaci i szczęśliwi, no i oczywiście piękni.
Okazuje się jednak, że nawet mając wszystko - niektórzy ludzie nie potrafią się z tego cieszyć.

Nie chodzi mi o radość płynącą tylko i wyłącznie z posiadania drogich rzeczy materialnych. Chodzi mi o radość z posiadania rzeczy drobnych i dostrzegania tych małych, na które składa się całe nasze życie.

Ja na przykład przed chwilą kupiłam kwiatek doniczkowy pt. "Philodendron" oraz pikowaną poduszkę na krzesło na którym właśnie siedzę i piszę mój post.  
Cieszę się jak dziecko, które dostało zestaw klocków lego. Nic na to nie poradzę, że głównie drobiazgi sprawiają mi największą przyjemność. Ale to chyba nic złego. Dodam jeszcze, że swój hiper, super wypasiony telefon sprzedałam, żeby w zamian za niego kupić donice do ogrodu oraz dwa krzewy oleandru. 
I znowu dziecięca radość. Czy to jest normalne, że ja kompletnie nie przywiązuję wagi do wypasionego samochodu /chociaż jeżdżę całkiem niezłym, ale to zasługa mojego męża/, nowoczesnego telefonu, kablówki, itp.

I w ten oto sposób - wracając z pracy do domu, doszłam do wniosku, że muszę napisać o tym post.

Tym bardziej, że  post na ten temat już dawno miał ujrzeć światło dzienne, ale niestety poprzez moje lekkomyślne kliknięcie zniknął w eterze /Jedno kliknięcie/. 
Zastanawiałam się nad tym, czy powinnam go odtwarzać, ale wszelkie okoliczności, które mi się w tym czasie przytrafiły  przemawiają za.

A co mnie  skłoniło do tego po raz kolejny?


Kiedy ostatnio robiłam zakupy 
w pewnym hipermarkecie - przy stoisku z luzem wysypanymi pomarańczami wybierałam owoce do koszyczka. 
Obok mnie pewna dama /obwieszona złotem, 
z czerwonymi tipsami i włosami przypominającymi sianko w szopce betlejemskiej/, z grymasem na twarzy i miną rottweilera /przepraszam właścicieli tej rasy/, zaczęła gmerać w kupie pomarańczy i podrzucać je do góry jak piłki do baseballa, mrucząc pod nosem, że owoce do niczego się nie nadają. Pomarańcze były całkiem ładne.
Spojrzała więc na mnie szukając aprobaty i współuczestniczenia  w swoim biadoleniu.

Może czasem niepotrzebnie się odzywam, ale taką już mam dziwną naturę i usposobienie, że ludzka głupota zmusza mnie do reakcji. Powiadam zatem:
- Bardzo panią przepraszam, ale jeśli będzie Pani w ten sposób traktować te owoce - one za chwilę rzeczywiście do niczego nie będą się nadawać. 
Gdybym była płochliwa, jej przeszywający wzrok zakończyłby sprawę pomarańczy, ale ja nie dałam za wygraną.
- Czy pani zdaje sobie sprawę, że oprócz nas kupujących - przyjdą inni ludzie, chcący również zrobić zakupy  i nie będą mieli czego wybrać, ponieważ wszystkie owoce podrzucane przez Panią do góry zgniją wkrótce i będą się nadawać tylko i wyłącznie do wyrzucenia?
- No, niechże pani nie przesadza. Pani też przecież wybiera - burknęła tamta.
- Między wybieraniem, a podrzucaniem jest zasadnicza różnica - odparłam.
- A o co pani właściwie chodzi. Z głodu pani umiera czy co? - pyta kobieta
- Ja dzięki Bogu nie umieram, ale są na tym świecie miliony osób, które umierają "szanowna pani" - powiedziałam.
- No, no - matka Teresa się odezwała - usłyszałam ripostę pełną jadu.

No i co Wy na to moi kochani?

Jeśli my jako naród, jako ludzie, jako całe społeczeństwo i cała ludzkość będziemy myśleć w podobny sposób jak ta potencjalna "Polka", to co wówczas sobą zaprezentujemy.
Inni mnie nie obchodzą, ważne żebym ja był zadowolony.
Egoizm, egocentryzm, snobizm itd. Czy my chcemy być tak postrzegani jako ludzie i jako Polacy? Ja nie chcę i protestuję. 
Ale niestety zauważyłam, że ostatnio w naszym społeczeństwie czysta ludzka bezinteresowność, życzliwość i uprzejmość stoją pod dużym znakiem zapytania, natomiast bardzo modne stało się ...

Gderanie, marudzenie i narzekanie wszystkich i na wszystko.

Gdy jest zima - my chcemy lato.
Gdy pada deszcz - my chcemy słońce.
Gdy świeci słońce - mówimy że za gorąco. 
Nie wspominam nawet o dywagacjach i dyskusjach politycznych. 
Na tym gruncie to dopiero Polak potrafi się nakręcić i rozkręcić.

Jednym słowem zawsze potrafimy znaleźć powód do narzekania.
Myślę, że większość z Was się ze mną zgadza.

Gdy pytasz potencjalnego anglika, hiszpana, chorwata, czy czarnogórca - co słychać?  

W odpowiedzi słyszysz: fine, thank you, okey, super itp.

Gdy o to samo pytasz Polaka, co Ci odpowie?
- Aaaa.. stara bida, szkoda gadać, rząd obiecywał poprawę  i co z tego mamy, pogoda kiepska, a na wizytę w przychodni trzeba czekać miesiąc itd., itp. 
A jeszcze nie daj Boże dołączyć do takiego biadolenia. Wtedy dopiero potencjalny rozmówca potrafi rozwinąć skrzydła i dać upust swej goryczy.

A ja pytam po co to? Skoro i tak nie mamy wpływu na otaczającą nas rzeczywistość, to chociaż starajmy się zauważać pozytywne strony naszego życia. Bo nie wierzę, że takich nie ma. One są, tylko my nie chcemy ich dostrzec.

Dzięki Bogu wiele jest osób pośród nas dla których przysłowiowa "szklanka do połowy jest pełna". I tak trzymać.

Kiedy natomiast widzę, że gość  mający piękny dom, samochód albo nawet kilka samochodów /bo przecież żona, córka i syn też muszą czymś jeździć/, cyfrę plus, kilka telefonów komórkowych, wczasy "all inclusive" na Teneryfie, Kanarach, Majorce, itp. - a na pytanie: co słychać, On zaczyna ględzić i narzekać na cały świat - doprowadza mnie to do szewskiej pasji.
  
Niech nie obrażają się na mnie  osoby, które w ten właśnie sposób podróżują. Zdaję sobie sprawę, że każdy z nas ma inne potrzeby i własny sposób na regenerację organizmu. 
Sama lubię podróże. Wkurza mnie tylko jedna rzecz. Jeżeli podróż ma jedynie na celu zaimponowanie kolegom w pracy lub wzbudzenie zazdrości w innych osobach, a nie wynika z pasji i realnej, autentycznej potrzeby poznania innej kultury oraz ludzi.
To jest już  snobizm w najczystszej postaci.  

Wiecie co jest niesamowite? Obserwując ludzi niektórych południowych nacji jestem pod wrażeniem - idąc ulicą śpiewają sobie pod nosem, tańczą i uśmiechają się.
Po ostatnim pobycie w Czarnogórze - jeszcze bardziej zaczęłam doceniać to co mam i nie zamartwiać się tym czego mi brakuje, a na co nie mam żadnego wpływu.

Czarnogórcy jeżdżą zdezelowanymi samochodami, mieszkają w bardzo skromnych warunkach, ale mają to, 
co u nas jest towarem deficytowym.

Radość życia i spontaniczność.

Potrafią celebrować ulotne chwile, czy to siedząc i gawędząc w restauracji przy porannej kawie, czy też na tarasie swojego domu, popijając wino z przyjaciółmi wpadającymi z wizytą ot tak sobie - bez zaproszenia.

No dobra - myślę sobie. Też zaryzykuję "spontan" u nas w Ojczyźnie. I co z tego wychodzi?
Gdy idę ulicą - uśmiecham się do ludzi i nucę sobie pod nosem - oni patrzą na mnie tak, jakbym miała nie po kolei w głowie. 
A cóż ja mam poradzić na to, że jestem po prostu szczęśliwa?

Zatem moi drodzy, czyż nie powinniśmy już od dzisiaj zacząć bardziej doceniać nasze życie i tych którzy w naszym życiu i sercu zajmują szczególne miejsce?

Przeprowadzam króciutki quiz i proszę o to, byśmy na poniższe pytania odpowiedzieli sami sobie :

Kiedy ostatnio pokazałeś najbliższej Ci osobie, 
że ją kochasz i że Ci na niej zależy?


Kiedy powiedziałeś swojemu dziecku, 
że dzień jego urodzin to jeden z piękniejszych dni w Twoim życiu?


Kiedy ostatnio cieszyłeś się jak dziecko? Niekoniecznie z rzeczy bardzo kosztownych, ale ot tak zwyczajnie, bez powodu?


 Czy podziękowałeś Bogu za to, że stworzył  cudowny świat, a Ty możesz go odbierać wszystkimi swoimi zmysłami


Za to, że Ciebie stworzył i obdarzył zdrowiem?

Nie myśl sobie, że wzrok, słuch, czy sprawność fizyczna po prostu  należą Ci się "odgórnie".  
To jest wielki dar, dany nam przez naszego wspaniałego Boga i  Stwórcę.
Wiedzą o tym Ci, którzy go posiadali, ale bezpowrotnie stracili.

Kiedy ostatnio miałeś czas  na podziwianie zachodu, 
czy też wschodu słońca?



Kiedy, zupełnie bez powodu, mijając kogoś na ulicy uśmiechnąłeś się do niego lub pomogłeś w potrzebie?

No właśnie moi kochani! Kiedy? 
Czy my w ogóle potrafimy dziękować innym za to, że są z nami i cieszyć się każdą spędzoną w życiu chwilą, która nigdy już nie powróci w identycznej wersji?

Czy my potrafimy celebrować codzienność? 
Nie tylko od święta i w czasie Wigilii mówić miłe słowa, czy okazywać sobie serdeczność.

Czy potrafimy jak małe dzieci przyjmować szczęście i radość z dziecięcą euforią?
Przecież nawet sam Jezus zachęcał nas do tego, żebyśmy stawali się  podobni do nich. Bo nikt tak szczerze i otwarcie nie potrafi odbierać rzeczywistości jak dziecko.

Mam nadzieję, że mój post Wam się podoba. Tym bardziej, że pisany jest spontanicznie, od serca i z nadzieją na to, że być może pomoże otworzyć oczy tym, którzy w życiowej gonitwie zatracili spontaniczność i nie potrafią dostrzec i cieszyć się z drobnych przyjemności.
Którzy być może zapomnieli o tym, żeby od czasu do czasu docenić kogoś lub coś. A tym którzy są smutni i zrezygnowani chcę pokazać, że na okazywanie radości, zadowolenia i miłych gestów nigdy nie jest się za starym lub za młodym.

Ważne jest czyste sumienie i świadomość tego, że wszystko co robimy w naszym życiu ma sens i nie służy tylko nam samym.

Nie wiem czy sama to wymyśliłam, czy gdzieś zasłyszałam, ale w moich uszach brzmią takie oto słowa:
"Żyj tak - żeby nikt przez Ciebie nie płakał,
a umieraj tak - żeby wszyscy za Tobą płakali".

Tymi słowami żegnam się z Wami radośnie, a na pytanie: "Czy ja potrafię się cieszyć" - odpowiadam:
 "Bardzo się cieszę, że mogę pisać swojego bloga, a jeszcze bardziej,  że chcecie i czytacie moje wpisy. 
I za to bardzo Wam dziękuję"

Przede wszystkim jednak chciałabym wszystkim czytającym oraz obserwującym - życzyć szczerej, dziecięcej radości na co dzień. 
Nie tylko z powodu rzeczy wielkich, lecz przede wszystkim  tych maleńkich.


Niektóre zdjęcia pochodzą z wikipedii